Meltemi, czyli Ochota Grecka


Z knajp Kreglickich dobrze znam tylko Chianti, w którym jadłam najlepsze na świecie ravioli. Meltemi mijałam często spacerując lubi biegając w okolicach Parku Szczęśliwickiego, bo tu mieszkam, ale jakoś tak z zewnątrz nie namawia za intensywnie do złożenia wizyty.



Więc kiedy już otworzyłam drzwi, to zostałam zaskoczona. Nie spodziewałam się intensywności kolorów,  tego hałasu,  radości w powietrzu. Raczej myślałam,  że będzie szaro. I mdło. Jak się pomyliłam!



Gdy wybieram restauracje to są one zazwyczaj w innym stylu. Nie wiem, czy 'nowoczesne' to dobre określenie, na pewno są jakieś takie bardziej surowe w formie, może nawet mniej swojsko klimatyczne?

Wystrój Meltemi jest taki wciągający, że  otwierasz drzwi i nawet nie robisz kroku, tylko od razu przenosisz się na grecką wyspę.  Z uśmiechami,  głośną muzyką i strasznym gwarem. Z chaosem i... pysznym jedzeniem. To naprawdę Grecka Tawerna.

To, co rzuciło mi się niezwykle w oczy jest perfekcyjna obsługa.  Ale naprawdę perfekcyjna. Jest idealnie. Doradzają w dokładnie poprawnej ilości,  nie narzucają się, są dyskretni,  ale są, gdy tylko ich potrzeba. Jednym słowem, jakim można to określić to profesjonalizm. Niby luz, a jednak odpowiednie podejście. Ach, i kucharz, który przechadza się po sali i pyta, czy smakuje. Jak w Grecji...


Zamówiliśmy dość skromnie- sałatkę: Prasini me arni, czyli sałaty, plasterki pieczonej jagnięciny, ser kefalotiri i suszone pomidory



 i danie główne (takie z menu dnia), oczywiście,  standardowo, dzieląc się.


Już od samego początku było dobrze- najpierw czekadełko w postaci małych kanapeczek z tapenadą (na zdjęciu jedna, bo ktoś był bardzo głodny).
Posiłki na stole wylądowały bardzo szybko, zupełnie inaczej niż w przypadku znanych mi knajp. Zazwyczaj spoglądam na zegarek i czekam, i sprawdzam. A tu "bach", i już. 


A po za tym, świetna kawa, mocno kwaśna lemoniada.



A przy pożegnaniu, na koniec, greckie galaretki w stylu dobrej jakości turkish delight. Bardzo dobre. Nie za słodkie (też bardzo szybko znikało).


W Meltemi czułam się jak w gościach.  Najpierw delikatny poczęstunek - minimalny, ale idealny na początek. A na zakończenie galaretka grecka. Dziwią mnie restauracje, które zapominają o takich drobiazgach - oprócz tego, że pozostaje słodki posmak po wyjściu, to jeszcze napiwek staje się zupełnie naturalny.

Meltemi, jest takie trochę w stylu St Antonio- nie ma awangardy, jest idealna kuchnia. Poprawna, perfekcyjna, za którą się płaci. Więc ceny trochę bolą, ale jakby jest to ból zrozumiały, uzasadniony. Mogę wydawać pieniądze, gdy czuję za co płacę. W przeciwnym razie jestem zła.


Ale by nie było aż tak dobrze- w restauracji było coś jak kinderbal. Jakieś urodziny, czy coś w tym stylu. Mnóstwo pełzających dzieciaków. Mnóstwo dzieciaków na rękach u rodziców.  Mnóstwo gadających dzieciaków.  Lubię dzieci. Ale jak zagłuszają grecką muzykę?  Żadnej wydzielonej sali. W jednym pomieszczeniu. Trochę za duży gwar. W Grecji nie ma tylu dzieciaków na metr kwadratowy.

Meltemi, Warszawa, Drawska róg Szczęśliwickiej

Podomka, czyli naprawdę u babci


Jak zobaczyłam baner z reklamą Podomki to nie zakładałam, że się tu pojawię. Na szczęście, część moich myśli wypowiadam głośno, więc przechodząc na pasach, dzieląc się tą informacją z koleżanką, odwrócił się chłopiec i powiedział, że warto.


Jak warto, to co mi szkodzi spróbować. Idę i próbuję. Wygląda babciowato, jedyne miejsce w pobliżu, gdzie można usiąść na zewnątrz (biorąc pod uwagę mordorskie cubicle, gdzie siedzi wielka rodzina Orków to jest to zdecydowanie nieprzemyślane ze strony właścicieli jadłodajni).


Skusiłam się na pierogi z kurkami. Były idealne.


Innego dnia skusiłam się na placki ziemniaczane z łososiem. A, i zupę ogórkową wcześniej. Skusiłam się, bo już cukinii nie było. Więc podomka jest miejscem, z którego dużo rzeczy znika szybko.



Mnie to miejsce urzekło. Porcje są mniejsze niż gdzie indziej, z trudem, ale jestem w stanie zmieścić czasem zupę (ale fakt, z trudem), panie pracujące są bardzo miłe i uśmiechnięte (!), co, trzeba przyznać, rzadko się zdarza. Urzekł mnie też zeszyt, gdzie można zapisywać, co by się chętnie zjadło, a potem zerkać na jadłospis, który jest umieszczany w Internecie z góry, na cały tydzień i szukać swoich ukochanych dań.


A to reklama, którą zauważyłam wracając z Podomki. Mistrzostwo świata.

Podomka, Warszawa, ul. Postępu 25

Stółdzielnia urzeka, czyli dobre bo włoskie


Stółdzielnia ma w sobie to coś. Prostota, zwyczajność i totalne onieśmielenie, gdy zaczynasz jeść. Niby proste, zwykłe, a jednak jakość składników i perfekcyjne przygotowanie powala na kolana.

Do Stółdzielni trafiłam już kilka razy wcześniej i byłam zdecydowanie zadowolona. Teraz już nie trafiam. Teraz idę świadomie, pełna oczekiwań, które wątpię, by mogły się nie sprawdzić. To miejsce, w którym po kęsie, spacerujesz uliczkami Rzymu, po dwóch, zapominasz o swoich problemach, po trzech, chcesz by ta chwila trwała wiecznie.


Mam wrażenie, że tu nie ma  niczego nadzwyczajnego. Wartość tkwi w doskonałości nienadzwyczajności. Dokładnie taka jest włoska kuchnia. Perfekcyjna w smaku i prostocie.



Tym razem skusiliśmy się na focaccię, która przeniosła nas do Rzymu i sałatki, których składniki były idealne, jakościowo ponadprzeciętne.

Sałatki, które zamówiliśmy były takie zwykłe. I takie cudowne. Wyraziste, nieprzesadzone.


Ja Tartufla-Rucola, czyli rucola/ pasta truflowa/ mozarella/ bazylia.


M Parmę, czyli szynka parmeńska/ rucola/ szpinak/ pomidorki koktajlowe/ melon/ vinegrette



No i będę tu wracać.


Stóldzielnia, Warszawa, Kazimierzowska 22

Chapeau bas dla Pani Kasprzyk


To sztuka, która ze śmiechu z sytuacji na scenie transformuje się w przerażenie życiem, jakie sami możemy stworzyć.

Ewa Kasprzyk kojarzyłam jedynie ze Złotopolskich. U babci. Jakieś 15 lat temu. Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się czegoś nadzwyczajnego. Raczej sądziłam, że to będzie jakiś smutek po czterdziestce, niezadowolony z życia, któremu udało się dostać na scenę. Naprawdę tak stereotypowo myślałam. I przez kilka pierwszych minut miałam rację. Ale potem, jak cudownie się pomyliłam!

Ja wiem, że to brzmi trochę słabo. Ale naprawdę nie spodziewałam się niczego wybitnego. A to  najlepsza postać jaką widziałam ostatnio na scenie (Jandy nie wliczam, ale do niej to nikogo się nie porównuje). Gra życiowo, prawdziwie i szczerze. Nie ma ani grama sztucznego patosu, jest prawda, zwykły naturalizm. Realizm.

Scena, którą myślę, że zapamiętam do końca życia to świt. To ten moment, kiedy alkohol już prawie wyparował, w moim organizmie są jakieś jeszcze resztki, ogarnia mnie już zmęczenie i znużenie, ale jeszcze wieczór się nie skończył i trochę walczę z opadającymi powiekami, trochę mi zimo, jest tak szaro, ale jeszcze jestem, jeszcze niby uczestniczę w takim jakby skończonym nieskończonym wieczorze. To było na scenie. Dokładnie to. Nie znam tak wyraźnej, tak idealnie zagranej sceny. Tak, że nie było grama przesadzenia, nie było za mało emocji. Było idealnie. Chapeau bas dla Pani Kasprzyk. Fenomenalna!

Krzysztof Dracz bardzo ciekawie budował postać minuta po minucie spektaklu. Z każda chwilą stawał się wyraźniejszy i coraz bardziej rządził na scenie, aż zawładnął nią całkowicie. I dominował.

Za to para "młodych" była tłem. Oni po prostu  byli. Ciężko mi zdecydować, czy bez nich spektakl by zyskał, czy stracił. Stramowski faktycznie ma zabójczą klatę, Żulewska fajne nogi. Ich historia była jakoś taka słabsza. Nie brzmiała.

Było wiele momentów, gdy byłam przerażona. Zaczęłam doceniać jeszcze bardziej otwartość i brak tajemnic. I taki pozorny spokój, gdzie nasza przeszłość przeraża nas bardziej, niż obcych i jest takim naszym strachem przykrytym kurzem albo prześcieradłem. Jest, jak się odkryje to będzie nadal. Nikt nie umrze.

Jestem pod wielkim wrażeniem spektaklu. Nie wiem, czy to zasługa Poniedziałka, który reżyserował, czy Albeego, który napisał, czy Kasprzyk i Dracza... Ale rzadko coś zachęca mnie tak, by zinwestygować każdy element tej układanki. Bo cały komplet jest majstersztykiem.

Zastanawiam się odrobinę nad scenografią. Suche kwiaty i niedbałość. Brzydactwo. Nowoczesna łazienka i odschoolowe wnętrze. Trochę widzę niespójność. Ale generalnie to ta niespójność się chowa.

Kto się boi Virginii Woolf, Teatr Polonia, Warszawa

//Przeglądam teraz różne opinie o spektaklu. Znalazłam wypowiedz, że Ewa Kaprzyk była zadowolona z roli Marthy, bo pozwalała jej pokazać wachlarz aktorskich umiejętności. Och tak pani Ewo!!!

No i wreszcie wtopa, czyli U Chłopaków


Gdy wybierałam się na spotkanie z A, to U Chłopaków przeszło mi przez głowę od razu, bo byłyśmy tu kiedyś. Miałam świetne wspomnienia (brzoskwiniowy mus z chili i miętą był nadzwyczajny!) i tak sobie pomyślałam, że zrobię ładne zdjęcia na bloga. A co się najem, to moje.

No i wtopa.




Wystrój jest nadal świetny. Idealne dodatki, świeże goździki na stołach, taki niezobowiązujący styl i urok. Lubię takie wystroje i lubię to miejsce.


Na początku wątróbka z ciekawymi dodatkami (parfait avocado/ wątróbka/ jagody/ rozmaryn/ grissini/ sałata dębowa). Wyglądała ślicznie, smakowała dobrze. Raczej oczekiwałabym wątróbki gorącej, tak samo jak grissini. Nie wiem, czy było przygotowane wcześniej... No było ładne, liczyłam, że dodatki będą zaskakiwać i przepychać, by zaistnieć. W końcu dodanie jagód do wątróbki jest ciekawym i niestandardowym zachowaniem. Ale jakoś tak to wszystko zniknęło. Nie było mdłe, ale było... nijakie. Zwykłe. Bez polotu. Mimo, że jak patrzę to powala to smakiem już nie. Po menu spodziewałam się po prostu więcej.



A. zamówiła zupę z łososiem. Zupę krem, która kremem nie była. Była wodą z łososiem, kalafiorem i wiąchą koperku. Nie spróbowałam, ale zainteresowana zadowolona specjalnie nie była.

No, ale nadzieja była w deserze. Póki co, było znośnie. Nie powala, ale każdy może mieć gorszy dzień. Za to deser okazał się katastrofą.

W sumie to nie miałam jakiejś większej ochoty. To było czyste łakomstwo podparte doświadczeniem. Kiedyś powalało, teraz pewnie będzie podobnie. Zastanowiłam się, podpytałam kelnera, wybrałam Lody makowe. Składniki wyglądały nader interesująco (mango/ borówka/ advocat/ lody makowe/ palone migdały). Acz, taki miły i ciekawy zestaw smaków, spodziewałam się czegoś nadzwyczajnego.


Dostałam pucharek z bitą śmietaną. Lody były w niej zatopione. Rozgrzebałam wszystko, by sprawdzić, czy mam dodatkowe składniki. Nie było. Sprawdziłam w karcie. Zapytałam kelnera. Poszedł sprawdzić. Wrócił, powiedział, że zaraz będzie. I ja naprawdę myślałam, że przygotują mi nowe lody. Dostałam pojemnik z borówkami, musem z mango i advokatem. wyglądał jak na zdjęciu poniżej. Pomijam fakt, że dostałam bitą śmietanę, której nie znoszę i nie było to wyszczególnione w tak dokładnym menu... To nieważne. Ale robią błąd w kuchni i mi przynoszą pojemnik z płynem. Do polania? W restauracji płaci się za przygotowanie dania, jego wygląd to bardzo duża część ceny, bardzo wpływa na postrzeganie restauracji, decyduje o tym, czy mamy apetyt, czy nie. To była katastrofa. Spodziewałam się arcydzieła. Dostałam kulki lodów przykryte kupą bitej śmietany. Po zwróceniu uwagi, zamiast zabrać to, co mi dali, przynieśli wymieszaną resztę składników.

Byłam wcześniej dwa razy. Miałam super wspomnienia. A teraz, no cóż, jakoś tak smutno.



Kiedyś myślałam, że jest niebanalnie. Teraz myślę, że jest słabo.

U Chłopaków, Warszawa, ul. Chłodna 2/18

Powrót do Vapiano



W Vapiano byłam kiedyś kilka razy. I jakoś tak mi było obojętnie. Tzn, że nic specjalnego, można zjeść,  ale nie żeby 'och i ach'.
Wiec teraz, gdy chłopaki zaproponowali pójście do GalMoku na pastę to było mi tak średnio. Ale skoro dawno nie byłam,  to poszłam. I się zdziwiłam.

Wystrój jest świetny.  Uwielbiam naturalne dodatki- rozmaryn i bazylia przy każdym stole jest świetna.  Cudnie pachnie.


Lubię jedzenie przygotowywane dla mnie. Kiedy serwują je dla mnie, a nie z jakiegoś gara. Więc już było dobrze. Panie robią w szklanym bunkrze makaron. Więc jest jeszcze lepiej. I zapach świeżych potraw. Jadłam lasagne. Było super!





No więc zdanie zmieniłam.  I będę wracać :)

Vapiano, Warszawa, ul. Wołoska 12

Najlepsze połączenie: śnieg i słońce, czyli narty w Bialce


 To był zdecydowanie najbardziej zaskakujący wyjazd narciarski, jakiego doświadczyłam. Fakt, nie mogę się pochwalić jakąś olbrzymią liczbą.




Było pięknie. I ciepło. I miło. I śnieg był twardy. I bardzo dobrze się jeździło. Mało ludzi, super warunki, zero kolejek. Słońce uderzające w twarz. Leżenie na śniegu, by się schłodzić. ściąganie kasku na wyciągu, bo grzeje. Piękny widok Tatr, tak, że można się zagapić.

Szaleństwo!

Uwielbiam spędzać czas aktywnie, na świeżym powietrzu. Gdy czuję prawdziwe życie, czuję emocje, uśmiechy, a przebywanie z naturą tak najnormalniej dobrze nastraja. 



Lubię przyjemność wynikającą z przebywania na świeżym powietrzu, lubię przyjemność wynikającą z działania na świeżym powietrzu. Z ruchu, energii i działania.





Odkryliśmy cudowne miejsce do spania. Pensjonat Sekuła. Bardzo, ale to bardzo polecam. Dawno nie byłam w takim, któremu nie da się nic zarzucić. Piękny widok z okna (pokój 25, budzisz się z widokiem na Tatry. Nie, nie trzeba podnosić głowy :D), standard hotelowy (szamponiki, szczoteczki do zębów...), przyjemne śniadanie (brakowało mi tylko soku), duży parking, czystość, ... bywam (jestem...) czepliwa, a tutaj dostaną 10/10 na bookingu. Pierwszy raz w życiu moim ;)




Stosunek jakości do ceny też idealny. Jestem pod olbrzymim wrażeniem. Dodatkowy plus był za możliwość późniejszego wymeldowania. Pani spojrzała na rezerwację, zobaczyła, ze nikogo nie ma później i się zgodziła. Bez ceregieli tylko normalnie. Tak jak powinno być- ja będę to miejsce polecać na prawo i lewo.




O Burym Misiu słyszałam już kilka razy. Super jedzenie, ciekawie, miło, tylko trzeba czekać godzinę w kolejce... No to się udało. Nie musieliśmy czekać wcale, może dlatego, że to martwy sezon. 
Jedzenie jest takie męskie- nie ma jakiś delikatnych dań, są raczej takie toporne. 


Troszkę przesadziliśmy z ilością zamówień- zaczęliśmy od moskala z sosem czosnkowym (czyli plackiem ziemniaczanym), było przyzwoite. Można zjeść, ale 'łał' nie ciśnie się na usta.


 Potem zamówiliśmy zupę czosnkową. Porcja była tak duża, że pani rozlała nam na pół i wyglądała jak powyżej. Czyli było jej dużo.



Jako danie główne zamówiłam jagnięcinę, a on udziec. Było dobre. I tyle. Smaczne, duże. 




Po nasłuchaniu się opinii miałam jakieś nierealne oczekiwania wobec tego miejsca. Ono jest ok. Mój tata byłby zadowolony z obiadu tutaj. Ale nie byłby pod wrażeniem. Porcje są gigantyczne, dobrze zrobione. Samo miejsce to graciarnia, ostatnio zdecydowanie nie moja estetyka. Trzeba przyznać, że ciekawa, ale nie moja. Jak pomyślę, jak często muszą wycierać kurz, i jak dużo czasu musi im to zajmować... to jestem przerażona.


Dania są dość drogie. Biorąc pod uwagę rozmiar to pewnie wyjdziesz na swoje. Jeśli jesteś w stanie zjeść całe. U mnie to nie działa. Wolę małe i tańsze. A potem deser. Tu nie miałam siły.


Zahaczyliśmy jeszcze o Karcmę, już w sumie wyjeżdżając. I tu za to było tanio. Zamówiłam placek ziemniaczany, który był gigantyczny, M. jakiegoś kotleta. 



Szybko i tanio. I wielkie okna, które uwielbiam. Za krótko tam byłam, za mało jadłam, by się jakoś specjalnie wypowiadać. Ale myślę, że można zajść.


Nie można się spodziewać nie wiadomo jakich frykasów. Będzie po prostu dobrze, poprawnie.


Generalnie wyjazd zaliczam do tych fajniejszych. Naładowałam się witaminą D, dostałam dużo energii, spędziłam fajnie czas. Czyli Białka w kwietniu to jest must :D



Pensjonat Sekuła, Bukowina Tatrzańska, Wierch Olczański 108
Restauracja Bury Miś, Bukowina Tatrzańska, Długa 154
Restauracja Karcma, Białka Tatrzańska, ul. Środkowa 57a