Maciejowa Chata/ trasa Łomża-Ostrów Mazowiecka


Jestem dość sceptycznie nastawiona do zajazdów przy drodze. Teraz wracaliśmy z Mazur najcudowniejszych, umieraliśmy z głodu...


Boję się zatruć i jakiś niedobrych resztek. Wiadomo, że duża ilość tirów oznacza przyzwoite jedzenie. Tak było tutaj, więc się skusiliśmy.


Było dużo i dość topornie. Ale smacznie. Widać, że kuchnia jest w stanie obsłużyć wielu ludzi- jakieś chrzciny, komunie. Działają bardzo sprawnie.



 Ja placki ziemniaczane ze śmietaną (naprawdę dobre), on de volaille (zjadł, zanim zdążyłam pstryknąć) + oboje surówki. naprawdę smaczne.


Alternatywa dla Maca jak najbardziej. Nie truje. I facetom smakuje. Ja wolałabym subtelniejsze danie, ale generalnie, całkiem dobrze.


Maciejowa Chata, Stare Lubiejewo, ul. Łomżyńska 3, Ostrów Mazowiecka
Współrzędne GPS: B=21.8724174 L=52.8351818

Prima Pasta! czyli dobre jedzenie w Mordorze


Gdy jest świeże to jest dobrze. I było. Wiec było dobre.  Hambuxy,  pasty i sałatki + jeszcze jakieś dania. W Prima Pasta!, widać, że się przykładają.


Prima Pasta to knajpa założona przez Roberta Sowę  (tego od podsłuchów), więc musi trzymać fason. I trzyma.


Makaron, który zamówiłam był szybki i bardzo dobry. Bomba!





Potem zdarzyła mi się jeszcze jakaś sałatka, inna pasta, szejk... Póki co, jestem bardzo zadowolona :)




Podoba mi się promocja, gdzie drugie, takie samo danie jest za złotówkę. Niestety obejmuje tylko zamówienia po 15.

Jakość jedzenia jest naprawdę fajna. Nie ma najniższych cen- ale to w sumie zależy od składników i wybranego dania. Więc są różne przedziały cenowe.

Generalnie to jadłodajnia, Ale trochę lepsza niż zwykła stołówka. Posiadają również dania dnia itp (ryby, kotlety, ziemniaki, surówki...), ale ja wolę to, co przygotowane dla mnie. Polecam!

Prima Pasta, Warszawa, ul. Wołoska 22a

Mamma Marietta, czyli dobrze jak zawsze


Kolejny raz w Mammie Marieccie. Kolejny raz cudownie. Poprzednio tutaj.

Poniżej Lasagne z Łososiem (danie dnia). Wszystko rozpływa się w ustach tak jak powinno.


oraz Gnocchi di Marietta, czyli Świeże Gnocchi Ziemniaczane z Krewetkami w Sosie Krewetkowym z Cukinia, Pomidorkami Cherry i Bazylia


I przepyszny napój grejpfrutowy.


Skoczyłam też na sekundę do Mammy Marietty na szybką kolację.




Idealny krem z zielonych warzyw (Zuppa del Giorno, 16zł, Zupa Dnia), z pływającymi szparagami (ach! zaczął się sezon).


Do tego biała pizza (Palermo- Mozzarella, boczek, świeże pomidory, śmietana, ser parmigiano, duża 30zł). I soczek, teraz mają nowe, brzoskwiniowy był przepyszny, choć z syropem glukozowo-fruktozowym.


Mamma Marietta, Warszawa, Wołoska 74a

Ministerstwo kawy, czyli jednak kocham kawę



Za każdym razem, gdy trafiam do Ministerstwa Kawy, zdaję sobie sprawę, że jednak, gdzieś tam ukryta miłość do kawy, żyje. Ba! Nawet ma się całkiem dobrze...


Tak naprawdę to tą miłość odkryłam przychodząc do Ministerstwa, dopiero wtedy poczułam ile aromatów i smaków może mieć kawa, że można się nią rozkoszować, że powala na kolana i uzależnia od zapachów. Piłam oczywiście kawy wcześniej, różne. Espresso po przebudzeniu w Barcelonie, oszałamiający zapach w świeżej pościeli, gdy słońce niedbale przebijało zasłony. Przerażająco słodkie super kawy w modnych londyńskich dzielnicach, gdzie niezamówienie podwójnej latte z karmelem i marshmallowsami woła o pomstę do nieba. Ale tą moją kawę odkryłam właśnie w Ministerstwie, niedbale siedząc na mojej kanapie, zerkając na kościół na placu Zbawiciela, patrząc na zmieniające się niebo, kwiaty stojące na parapecie i czytając Kukbuka.




Plac Zbawiciela jest jakiś taki za hipsterski, z Ministerstwem, nawet on zyskuje (i z Teatrem Współczesnym obok, ale to zupełnie inna historia). Gdy jestem obok to wpadam. I jak rzadko piję kawę, to wtedy piję. I jak rzadko jem tatrę z białą czekoladą, to wtedy jem.


Wącham kawę z torebki, wybieram, dostaję dripa, a potem piję. Łyk po łyku. Powoli, czasem szybko. Jestem w niebie. Piekle. Co mi tam! Jestem w Ministerstwie Kawy!

Ministerstwo Kawy, Warszawa, ul. Marszałkowska 27/35

Tuk tuk czyli o matko! włos


Nie wiem, dlaczego to spotyka właśnie mnie. Moja mama pracuje w sanepidzie, więc jakąś tam wiedzę mam, ale ilość nieprawidłowości, a nawet obrzydliwości, jaką widzę w restauracjach przechodzi ludzkie pojęcie.




Tuk Tuk mi się spodobał. Lubię minimalistyczne wystroje, oszczędność kolorów, Super, gdy na stole pojawia się woda- darmowa, w szklanej butelce. Do tego ostre sosy i chili po posypania dla chętnych. I jeszcze te świetne żarówki. I świecąco - bzyczące wołaczki. Zestawy z sałatką i deserem (sałatka i deser to za dużo powiedziane, ale jest blisko).  Naprawdę mało brakowało, a polubiłabym to miejsce.





Zamówiłam curry. Zielone. Delikatnie pikantne, dużo imbiru, trawy cytrynowej. Może nie tak jedwabiste jak w Mandali, ale naprawdę smaczne.

 



W tuktuku oprócz możliwości zamówienia czegoś z karty, możemy również zamówić menu lunchowe.

I wszystko byłoby okej. Wpadłabym jeszcze kilka razy ciesząc się z tych smaków. Ale koleżanka zauważyła włos. W ryżu. Nie jeden. A potem również w curry. Bleee...

Przestało nam smakować, a wręcz przeciwnie. Jako, że jest osobą, dla której włos oznacza "więcej tu nie przyjdę, ale jedzenia nie wyrzucę", zjadła. Ale JAK MOŻNA PODAWAĆ DANIA Z WŁOSAMI???? I może nie, że bym zrozumiała, ale jakoś bym to zaakceptowała i przyjęła, gdyby włos był jeden, ale tuktuku, bez przesady... Nie tyle...




W restauracji płacę za przygotowanie jedzenia, za podanie i za produkty. Więc domagam się tych rzeczy. I przestrzeganie higieny w trakcie przygotowywania produktów jest konieczne. Tuktuk mimo wystroju i całkiem smacznego jedzenia wpadł głośno na czarną listę. Zadbajcie o higienę, do cholery.

Tuk Tuk, Warszawa, ul. Marynarska 21

Zorza z rana


Gdy usiedliśmy przy stoliku mój facet był nadzwyczaj mocno zdegustowany moim zachowaniem. Przeszkadzało mu to, że robię zdjęcia. Już powinien być przyzwyczajony, że to zupełnie normalne, standardowe, codzienne zachowanie. A tu, marudzi. Potem okazało się, że gdzieś siedział Wojewódzki i wyglądało, jakbym robiła zdjęcia jemu (to byłaby gruba przesada, kiedyś przez przypadek zrobiłam zdjęcie Dodzie, przez przypadek, robiąc zdjęcie wnętrza). Czyli 'o oł, jesteśmy w fancy miejscu'.




Wystrój w Zorzy jest fantastyczny. Uwielbiam mosiądz, mosiężne stoliki, mosiężne ściany, ramy. Nie jest to styl do mieszkania dla mnie, ale do jedzenia jak najbardziej.


Spotkaliśmy się tak brunchowo, więc i jedzenie było szybkie i brunchowe. 


Ja Grillowaną grzankę z izraelskim awokado i ciągnącym serem mimolette (16.20)



On Burger z kurczakiem, piklowaną marchewką i sosem majonezowo- miodowym (21.90)





Wada obu dań była olbrzymia ilość soli. Faktycznie, sól morska wygląda pięknie porozrzucana po talerzu, ale, na boga, nie tyle. Musiałam strzepywać z kanapki, a M zauwazył, że pół burgera smakowało zupełnie inaczej niz drugie pół. Jedno przesolone, drugie niesłone wcale. Plus za "izraelskie awokado" brzmi ładnie- jestem czasem zaskoczona, jak fajnie można wykorzystać tak zwykłą informację. Po prostu od razu brzmi lepiej. Podobnie robią w Naszym Miejscu na Siennej, gdzie wyszczególniając mnóstwo składników dania tworzą niemal poezję.



Iście aromatyczna kawa i lemoniada z trawa cytrynową, którą muszę zacząć robić w pracy, i w domu.


Strasznie żałuję, że nie spróbowałam rzodkiewkowego ptasiego mleczka (zapomniałam!). Jestem niezwykle ciekawa smaku, interpretacji i sposobu podania.

Zorza, Warszawa, ul. Żurawia 6/12

Pogadanka o teatrze


Teatr kocham. Jest to miłość bezwarunkowa. Tzn. bezwarunkowa,  gdy spektakl nie jest chałą, gra aktorska jest co najmniej dobra, a scenografia nie przeszkadza.
Jakieś wymagania co do teatru trzeba mieć. Coraz częściej spotykam się z sytuacją, że sztuką zostaje nazwany jakiś zlepek słów wygłoszonych na scenie, często chaotycznie, sztucznie. Po prostu słabo.

Kiedyś myślało się o katharsis, przebudzeniu,  wyniosłych emocjach i zmianie choć na chwilę.  Teraz to jest raczej oczekiwanie,  by choć jeden aktor zagrał dobrze, scenografia nie krzyczała głośniej niż sam przekaz,  było wyraźnie i choć trochę zgodnie z gatunkiem.

Ach, no i bez ludzi klaskających w trakcie spektaklu. Jest to jedna z rzeczy,  która wkurza mnie najbardziej. Wytrąca z równowagi aktorów,  którzy przecież mają określone kwestie do wypowiedzenia.  I fakt, śmiech też trochę zgłusza, ale nie do tego stopnia, by nie dało się usłyszeć, co mówią aktorzy. I widzę konsternację na ich twarzach,  bo publiczność nie słyszy co mówią.  A to przecież jest napisane, by zostało usłyszane  (a przynajmniej tak powinno być). I oni niech sobie grają jak powinny, przecież to inny świat,  a my jesteśmy widzami. Zazwyczaj sztuka nie uwzględnia udziału publiczności  (chyba, że tak jak w Szalonych Nożyczkach), więc dodatkowe reakcje przeszkadzają.  Klaskanie w trakcie sztuki jest złe. 

Teatr kocham mocno. Ale jest wiele różnych aspektów tej miłości.  Czasem (prawda, prawie nigdy) to sztuka dostarcza mi swoistego katharsis i coś się we mnie zmienia. To jest jak takie obserwowanie życia innych ludzi, będąc obok. I dzięki temu, że to nie jest nagrane, nie jest za szybą, tylko obok i na wyciągnięcie reki, doświadcza mocniej. Czasem trafia w punkt.

Ale zazwyczaj jednak jest inaczej. Zazwyczaj jednak sztuka nie zmienia mojego życia.  Czasem jest po prostu dodatkową rozrywką, czasem refleksją. Kiedyś miałam taki wewnętrzny przymus skupienia się na spektaklu w 100%. Teraz już nie.  Pozwalam moim myślą błądzić, i wracać.  I błądzić, i wracać.  Sztuka jest dodatkiem do mojego życia,  czasem po prostu je uzupełnia,  a czasem uzupełnia i daje coś więcej.  Inspiruje do działań,  a czasem nawet po prostu rozpala iskrę jakiś myśli. I to w teatrze lubię najbardziej.

Od kadry pamiętam teatr znaczył dla mnie więcej niż kino, muzeum... Chyba urzeka mnie możliwość podglądania prawdziwych ludzi, w sytuacjach innych niż na co dzień. Uwielbiam zauważać na scenie drobne gesty, które świadczą o postaci, sylwetki, sposób mówienia,  stroje czy charakteryzację.
To wszystko jest możliwe samemu. I bardzo lubię chodzić do teatru sama. Nie jest to konieczność.  Ale po prostu kocham teatr. Już coraz rzadziej, ale jeszcze w miarę często, wracając do domu, a mieszkam na Ochocie, wpadam do Och Teatru. Tak w ostatniej chwili. Sprawdzam, czy grają coś, czego jeszcze  nie widziałam,  i gdy tak jest, to wchodzę.

Rzadko podejmuję decyzję na podstawie sztuki, którą chcę zobaczyć.  To raczej jest chęć pójścia do teatru i wtedy zerknięcie, "co jest" i wtedy decyzja, co wybiorę. I chciałabym to zmienić.  Co chwilę słyszę o sztukach, które są fantastyczne,  albo powala mnie obsada. I nie dopasowując się do sztuki, zapominam o nich, a terminy mi uciekają.
Jest w Warszawie jeszcze kilka teatrów,  w których jeszcze nie byłam. Do niektórych też jakoś bardzo nie chce iść.
Sztuki, które pamiętam i koniecznie muszę zobaczyć to: Stalin (bo ciekawe), Trzy Siostry (bo urok), Nasza Klasa (bo mocne), Kolacja Kanibalii (bo wciąga i jak poprzednia, każe po spektaklu milczeć), Fredraszki  (bo Englert), Opowiadania brazylijskie (bo inny świat i Hycnar), Druga Kobieta (bo Stenka, Jarzyna i Opening Night Johna Cassavetesa), Anioły w Ameryce  (Stenka, Chyra,  Cielecka,  Poniedziałek...), Niżyński (może grają jeszcze w Łodzi,  bo podobno męska Janda istnieje), Shirley Valentine (bo Jandy nigdy za mało), Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie  (Herman!!), ...

Teatr to duża część mojego życia. Ta fajna.